Programista Dunning-Kruger
💡

Programista Dunning-Kruger

Przypuszczam, że znane Ci jest to uczucie, gdy po przerobieniu jednego kursu lub szkolenia masz wrażenie, że dysponujesz wiedzą kompletną, wiedzą eksperta. Uważaj! Możliwe, że właśnie dopadli Cię pan Dunning i pani Kruger. Upraszczając, efekt Dunninga-Krugera polega na tym, że wiedząc niewiele ma się wrażenie, że wie się wszystko.

Łatwo ulec złudzeniu, że 2 tygodnie mogą wystarczyć, żeby dobrze opanować język programowania. Nafaszerowanie się dużą dawką wiedzy wprawia w stan wszechmocy. Ma się uczucie, że nie ma takiego problemu, którego nie da się rozwiązać, że już dziś można startować na seniorskie pozycje.

Teoria

Trochę teorii o efekcie Dunninga-Krugera: https://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_Dunninga-Krugera.

Objawy

Będąc w takim stanie jest się pełnym zuchwałości i pychy. Wydaje się, że nie ma takiego pytania rekrutacyjnego, na które nie zna się odpowiedzi. Niestety, to tylko i wyłącznie złudzenie, tak charakterystyczne na początku nauki jakiejkolwiek rzeczy. Łatwo wtedy o totalną klapę, absolutną porażkę, bo zawsze znajdzie się ktoś na rozmowie rekrutacyjnej, kto będzie lepszy od Ciebie. Kto Cię zagnie i przeciągnie po podłodze, tak, że po tym opuści Cię na dłuższy czas ochota na jakąkolwiek zmianę czy ubieganie się o nowy projekt.

Tak właśnie działa efekt Dunninga-Krugera. Rzuca nami ze skrajności w skrajność. Najgorszy w tym wszystkim jest brak świadomości tego stanu. Brak zrozumienia, że jest się dopiero na początku drogi, że przecież im więcej się wie, tym więcej się wie, że się nie wie, prawda?

Dlatego warto na każdym kroku pamiętać, że zawsze znajdzie się ktoś, kto nas zagnie, czy to w firmie, czy na rekrutacji, czy nawet na konferencji. Nawet jeśli masz uczucie, że Twój kod już jest zajebisty, to „there is always a bigger fish”.

image

Jaki wpływ na współpracowników może mieć osoba z Dunningiem-Krugerem? Absolutnie destrukcyjny. Rozbija zespół. Ciężko się współpracuje z kimś, kto ma przeświadczenie, że posiadł wszelką dostępną wiedzę. A jeśli w ekipie jest ktoś, kto nie daje za wygraną i zawsze będzie dążył do wykazania błędnego myślenia – toksyczna atmosfera gwarantowana.

Droga autorefleksji jest bezcenna. W razie czego musisz pamiętać, że inni potrafią Cię ewaluować. Jeśli brniesz ślepo w przeświadczeniu o własnej zajebistości taka ewaluacja może okazać się bardzo bolesna. Nikt nie będzie Cię traktował poważnie, bo jak na dłoni będzie widać Twoje braki.

Przerobienie kursu nie sprawia, że jesteś ekspertem. Jedyne, co z niego możesz wyciągnąć, to bardzo wąski, ukierunkowany przez autora ogląd na poruszane problemy czy technologię. Wspomniałem powyżej o granicach wiedzy. Pozwól, że wytłumaczę to trochę szerzej. Jest coś takiego jak krąg wiedzy i granice niewiedzy (polecam tę pozycję: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/225283/granice-nauki).

Wyobraź sobie małe kółko o średnicy jednego centymetra. Umiesz obliczyć obwód tego koła? Na pewno pamiętasz wzór. A pole koła? No pewnie. Zatem pole koła to granice Twojej wiedzy, jego długość to ilość wiedzy, której według Twojego obecnego mniemania Ci brakuje. Zaczynasz się uczyć, przerabiasz kursy, bootcampy, szkolenia. Twoje koło wiedzy zaczyna rosnąć, ale razem z kołem, z jego polem zaczyna rosnąć obwód. Granice Twojej niewiedzy stają się coraz rozleglejsze.

W miarę, jak przyswajasz sobie nowe treści zaczynasz dostrzegać nowe obszary do zgłębienia. Im więcej wiesz, tym więcej okazuje się, że nie wiesz.

A co jeśli powiem Ci, że nie ma punktu granicznego, że to koło może rosnąć w nieskończoność? Nie przeraża Cię to? Przeraża? A nie powinno! Jedyne uczucie, jakie powinno Ci towarzyszyć to pokora, taka zwykła, prosta pokora, pokora przed tym, że w świecie przepełnionym informacjami, na progu tak dynamicznie zmieniającej się i rozwijającej branży IT, tak wiele rzeczy pozostaje do poznania, podczas, gdy ciągle niewiele wiemy.

Jesteś kursowym nałogowcem?

Efekt Dunninga-Kurgera często dotyka kursowych nałogowców. Jest takie zjawisko uzależniania się od rozwoju. Kupujemy kurs za kursem, książkę za książką, najlepiej z kilku różnych dziedzin. Kursy jak to kursy, albo dają bardzo ogólny ogląd na jakieś zagadnienie i de facto poznajemy tylko podstawy, albo dotykają bardzo wąskiego specjalistycznego wycinka zagadnienia. W jednym i drugim scenariuszu samo przerobienie kurs, odbycie szkolenia, przeczytanie książki nie czyni nas ekspertami. A jednak łatwo wpaść w poczucie, że po tym konkretnym kursie możemy poradzić sobie z każdym projektem, każdym problemem, jaki pojawi się przed nami. O ekspertyzie decyduje doświadczenie, ilość i ciężar rozwiązanych problemów, przeżytych kryzysów i odniesionych zwycięstw. Ekspert nie musi mieć certyfikatu i litanii odbytych szkoleń wypisanych na profilu na Linkedin. Ekspert musi mieć za sobą litry wylanego potu, krwi i łez. Ekspertyza jest jak szlachetny metal, wykuwa się ją w ekstremalnych warunkach.

Prowadziłem szkolenia dla osób chcących się przebranżowić na programistów. W połowie kursu, który trwał 12 tygodni kursanci zadawali mi pytania o to, jakie mogą mieć wymagania finansowe na rozmowach rekrutacyjnych, bo już by chcieli szukać pracy. 6 tygodni po rozpoczęciu kursu programowania, całkowicie od zera. Wtedy byłem w szoku! Dzisiaj to bardziej rozumiem!

Byłem w szoku, bo wchodziłem do branży jeszcze zanim bycie programistą stało się modne. Nie było bootcampów i tych wszystkich szkół programowania. Nie było tak rozwiniętych frameworków. Programowanie nie było takie seksi, jak teraz. Nie było Reacta, Vue itd., rewolucją było używanie jQuery zamiast Vanilla. Moja nauka była trudna, dostęp do materiałów był trudniejszy. Z tego powodu łatwiej dzisiaj dostrzegam podobne różnice w odbieraniu przyswajanej wiedzy i wpadaniu w stan nadmiernej pewności siebie i entuzjazmu. Nie mam nic do tego typu bootcampów czy szkoleń, Pewnie sam bym kiedyś skorzystał, gdyby była taka możliwość. Natomiast decydując się na takie szkolenie, musisz mieć pewien mindset, pewne założenia, że zostaniesz zbombardowany wiedzą, jeśli kurs będzie faktycznie tak intensywny, jak obiecują w reklamach i wart swojej niemałej ceny, to przytłoczy Cię masa materiału, którego nie będzie w stanie efektywnie przerobić. Zakończysz szkolenie z pewnością siebie, bo przecież przerobiliście na kursie masę zagadnień, ale tak naprawdę żadne z nich nie wyryło się wystarczająco dobrze w pamięci. Wystarczy pierwsza rozmowa rekrutacyjna, żeby dostać gonga, który albo otrzeźwi, albo przybije. Oby otrzeźwiał.

Jak już jesteśmy przy rekrutacji. Pewnie znasz z opowieści czy anegdot, że na rozmowach rekrutacyjnych padają czasami durne pytania. Sam myślałem, że to tylko żarty, że to nie może być prawda, bo jaka firma pyta programistę, jakim zwierzęciem się czuje albo co by zabrał na bezludną wyspę. Aż wreszcie nie tak dawno przy zmianie pracy bardzo miła pani rekruterka zapytała mnie, jakim jestem owocem. Czaisz? Jakim k**a jestem owocem. Jak bardzo istotne w tym procesie było to, że odpowiedziałem „bananem”? Jak bardzo istotne było to, że akurat to był pierwszy lepszy owoc, który mi przyszedł do głowy? Tego typu pytania nic nie wnoszą, tak samo, jak niewiele wnoszą pytania teoretyczne z technologii. Okej, są ważne, bo jesteśmy w stanie poznać zasób wiedzy kandydata, ale równie dobrze ten zasób wiedzy mógł zostać wyuczony, a w większości niezrozumiany. Nie ważne jest tak naprawdę czy znasz wzorce projektowe z teorii. Ważne czy znasz problemy, które można rozwiązać przez ich zastosowanie. Stąd też jestem zwolennikiem pytań dotykających doświadczenia, podejmowanych wyzwań, sukcesów, porażek, problemów. Może warto się wysilić i popytać o spotykane problemy z cachem, wydajnością, zrozumienie kodu legacy. Fantastycznie działają pytania przedstawiające jakiś realny problem projektowy np:

Masz zadanie, które musi zostać dowiezione w środę na 12:00. Jest wtorek 15:00. Co zrobisz? Wolisz dowieźć na środę to, co zdążysz, ale ze świadomością, że będzie niekompletne, czy jednak dasz informację do klienta/zespołu, że nie ma bata, że będzie na środę i, że przekroczysz termin, ale dowieziesz wszystkie wymagania?

Czyli klasyczny problem, czy lepiej być na czas i się zesrać, czy lepiej się spóźnić, a się wysrać.

Tego typu pytania szybko obnażą delikwenta z Dunningiem-Krugerem, bo okaże się, że powierzchowna wiedza nie wystarczy, żeby nadrobić brak doświadczenia.

Podsumujmy

Efekt Dunninga-Krugera, to nic złego. Ja go doświadczyłem, prawdopodobnie doświadczyli go Twoi znajomi. Jeśli Ciebie to jeszcze nie spotkało, to prędzej czy później poczujesz ten uczuć panowania nad światem, podczas gdy to, co masz nie nadaje się nawet do panowania nad szklanką wody. Pokora, to niby takie górnolotne słowo, a tak wiele potrafi zmienić. To pokora da Ci możliwość uporania się z efektem jak najszybciej. Pokora nie oznacza tutaj czucia się jak gówno, ale oznacza świadomość, że zawsze jest coś,czego mogę nie wiedzieć i łatwo dostać za to po łbie. Zawsze może znaleźć się ktoś, kto Cię zgasi i pokaże miejsce w szeregu.

Niech o tym wszystkim przypomina Ci mistrz Qui-Gon Jin:

There’s always a bigger fish

image